Moje nieustanne poszukiwanie Olimpijskiego szlaku

Felietony

środa, 02 marca 2016
Z małym opóźnieniem przestawiam relację z Mistrzostw Oceanii i Australii w Adelajdzie, gdzie startowałem na zakończenie mojego pobytu w Australii.
niedziela, 09 sierpnia 2015
Jeśli jesteś chodziarką, która chce pobić rekord naszego pięknego nadwiślańskiego kraju – mam dla ciebie świetną propozycję. Oto antyporadnik, jak pobić rekord Polski kobiet w chodzie na 20km. A przy okazji zrazić do siebie cały (nie tylko sportowy) świat. Ktoś jest zainteresowany?
środa, 11 lutego 2015

Od początku lutego jestem w Hiszpanii na obozie. Oto kilka zdjęć, przedstawiających moje miejsca treningowe i okolice:

Okolice, w których trenuję
Widok z okna z jednej strony...


I widok z okna z drugiej strony...

I jeszcze jeden rzut oka bez wychodzenia z tarasu...


Na koniec ostatnie zdjęcie z naszego mieszkania.


Malunki w Palmie.


Stadionik w Palmie...

W sam raz na szybki trening.


Jedna z moich tras treningowych.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

 

Już niedługo wyjeżdżam na pierwszy w tym roku obóz przygotowawczy. Od początku lutego będę trenował w Hiszpanii, a dokładniej na największej z wysp archipelagu Balearów - Majorce. Powody takiego a nie innego wyboru były prozaiczne - tam po prostu było najtaniej. :) Z drugiej strony jest to sprawdzona przeze mnie okolica, jest tam stadion, świetne trasy treningowe, a przede wszystkim przepiękne rejony turystycznie. Jedziemy w to miejsce większą grupą, więc na pewno atrakcji nie zabraknie. Tym samym będę w tym roku musiał zrezygnować ze startu na Halowych Mistrzostwach Polski (po raz pierwszy od 2003 roku), ale wszyscy wiedzą, że starty halowe nie mają wysokiego prestiżu, a poziom formy na nich o niczym nie świadczy. Tym samym przygotowuję się do pierwszych wiosennych startów, a o moich treningach będę na bieżąco informował. Poniżej kilka zdjęć z Majorki (m. in. z mojego poprzedniego wyjazdu w to miejsce).

Kwitnące migdałowce na Majorce (fot. stan97.com)

Na Majorce znajdziemy wiele wspaniałych miejsc na spacer...



Majorka to również doskonałe miejsce na wakacje.


Paulina Buziak
Paulina Buziak

 

Paulina Buziak

Paulina Buziak



niedziela, 02 marca 2014

Pod koniec stycznia wystartowałem w pierwszych w tym roku zawodach halowych. Mityng odbywał się w Samarze w południowej części Rosji – niedaleko granicy z Kazachstanem.

 


Herb Samary

Na początek trochę opisu samego miasta. Samara to duże miasto w Rosji (duże oczywiście z punktu widzenia Polaka :-) i port rzeczny nad Wołgą. Zostało założone w 1586 jako warownia do obrony przed najazdami Tatarów. Od drugiej połowy XIX wieku to ważny węzeł kolejowy. Miasto posiada metro, do 2008 roku posiadało także lokalne linie lotnicze - Samara Airlines. W historii tych linii lotniczych nie zdarzył się żaden wypadek lub katastrofa. W mieście znajduje się postawiony w 2005 roku przed lokalną elektrociepłownią 31-tonowy pomnik żeliwnego kaloryfera (wybudowany w 150 rocznicę zamontowania pierwszego grzejnika w Sankt Petersburgu). W latach 1941-43 miasto przezywano Drugim Baku, gdyż sprowadzono tu ponad 5000 pracowników naftowych ze stolicy Azerbejdżanu w celu przyspieszenia wydobycia ropy. W Samarze urodził się m.in. Stanisław Hryniewiecki - polski komandor, porucznik i morski oficer pokładowy okrętów nawodnych, oraz Maria Kuncewiczowa - polska pisarka. W końcu zawędrowałem tam i ja.


Tupolew Tu-154M w barwach Samara Airlines podczas lądowania (fot. Airliners.com)

Podróż przebiegła spokojnie, z niedługą przesiadką w Moskwie (leciałem z Krakowa jakieś 2,5 godziny), a na miejscu byłem koło 22 miejscowego czasu. Udałem się oczywiście na lekki trening, aby rozruszać mięśnie. Założyłem wszystkie treningowe rzeczy, jakie ze sobą zabrałem, bo na zewnątrz było mega zimno:


Pogoda podczas mojego wyjazdu

Kiedy rankiem następnego dnia wyjrzałem przez okno myślałem, że jeszcze śnię. Pomimo mrozu na zewnętrznym basenie, przy temperaturze minus 30 stopni Celciusza pływali beztrosko Samarczycy. Oczywiście temperatura odczuwalna była dużo niższa, bo na zewnątrz wiał silny wiatr znad Morza Kaspijskiego. Było bardzo zimno.


Pływanie w ciepłym basenie podczas kilkudziesięciostopniowych mrozów stanowi nie lada wyzwanie. Nie skusiłem się jednak...

Odczuli to również Kenijczycy, których tak jak mnie zaproszono na ten mityng lekkoatletyczny. W hotelu przydałem się w komunikacji z recepcją czy kelnerkami na stołówce, bo jako nieliczny rozumiałem trochę i po rosyjsku i po angielsku, więc prosili mnie już później o wszelaką pomoc. Nie mówię jeszcze może płynnie, ale kłopotów ze zrozumieniem i komunikacją nie było. W Samarze panowały 3 godziny różnicy czasu, ale dzięki temu, że zawody miałem wieczorem, nie odczułem tego i nie trzeba było się specjalnie aklimatyzować. Co prawda wynik mnie nie cieszył (pisałem o tym tutaj), ale z drugiej strony - nie od razu Rzym zbudowano. Trzeba zdobywać doświadczenie z najlepszymi, a ja miałem możliwość brać udział w najszybszych tegorocznych zawodach w hali na świecie (wyniku z Samary nigdzie nie poprawiono), a Ruslan Dmytrenko z Ukrainy poprawił na mityngu rekord swojego kraju.   


Pas startowy przed wylotem na lotnisku w Samarze

Tymczasem zbieram siły na kolejne zawody, bo plany mam bardzo ambitne, a czas ucieka…

Oto krótki filmik z zawodów:

 

Oficjalne wyniki:

   

Мужчины

С/X  5000 м

Финал

18:15

18:37

               

1

72

Рузавин Андрей

1986

МСМК

Мордовия

 

18:15,54

2

63

Дмитренко Руслан

1986

 

Украина

 

18:21,76

3

71

Рыжов Михаил

1991

МСМК

Мордовия

 

19:09,86

4

65

Андронов Юрий

1971

МСМК

САМ

 

19:40,17

5

62

Якуб Елонек

1985

 

Польша

 

20:24,15

6

67

Саксин Владимир

1995

КМС

Мордовия

 

21:10,39

7

70

Какаев Иван

1997

КМС

Мордовия

 

21:14,08

8

69

Пантюшин Евгений

1996

КМС

Мордовия

 

21:30,14

9

68

Нуштаев Евгений

1993

МС

Мордовия

 

21:50,26

10

66

Лобанов Роман

1994

КМС

Мордовия

 

22:00,61

 



wtorek, 10 grudnia 2013

Tak jak pisałem nie tak dawno postanowiłem przetestować nowe doświadczenie w moim życiu. Otóż zdecydowałem się na dietę wegańską. Wyłączyłem więc z mojego jadłospisu wszelkie produkty zwierzęce, tj. mięso (oczywiście ryby także), mleko, nabiał, masło, jaja itp. Ograniczyłem też nieco używki typu kawa i herbata, ale to bardziej z powodów prozdrowotnych, niż w związku z jakąś dietą. Motywy mojego „eksperymentu” nie były co prawda ideologiczne, ale stanowiły moment do głębszego zastanowienia. Przyczynkiem do tego była raczej chęć poznania lepiej swojego organizmu i jego reakcji. Dieta wiązała się ze sprawdzeniem, jak zmiana odżywiania wpłynie na moje samopoczucie, zdrowie itd. Po rozmowie z Michałem Jaroszem, przeczytaniu książki Scotta Jurka „Jedz i biegaj” i przejrzeniu chyba wszystkich (przede wszystkim polskich) stron o diecie, wegetarianizmie i weganizmie zabrałem się za działanie. Zrobiłem zakupy, przygotowałem jadłospis, zabrałem się do gotowania i do jedzenia.

Przyjąłem na wstępie zasadę, że nie będę jadł niczego, co mi nie smakuje w imię zdrowia. Da się tak zaplanować posiłki, aby były zdrowe, dostarczały energii i wszelkich niezbędnych składników, ale co ważniejsze - smakowały. Dlatego metodą prób i błędów tak dopasowywałem moje menu, aby spełniało wszystkie te zalecenia. Musiałem więc dodawać do potraw wielu nowych przypraw, czytać porady ze specjalistycznych stron www poświęconych gotowaniu, ale z satysfakcją muszę stwierdzić, że nie miałem większych problemów, aby jeść smacznie, zdrowo i wegańsko...

Ustaliłem, że spróbuję wytrzymać minimum 2 tygodnie. Tydzień to za mało, aby coś odczuć, a po 2 tygodniach zobaczę co dalej. W trakcie zmiany nawyków żywieniowych o dziwo czułem się super. Posiłki trawiły się szybciej, ponieważ bez tłuszczów zwierzęcych metabolizm i trawienie znacznie przyspieszyły. Już po godzinie od obiadu mogłem wyjść na trening, bez obawy o jakieś kłopoty z trawieniem. Co prawda żołądek czasem dawał o sobie znać, bo przerzuciłem się na produkty pełnoziarniste i wysokobłonnikowe, które w żołądku zalegają dłużej, ale trwało to około 3 dni i potem organizm się przyzwyczaił. Czyli pierwsze plusy: szybsze trawienie, więcej energii, na minus mogłem zaznaczyć kłopoty żołądkowe przez pierwsze 3-4 dni.

fasola na słodko

Oto produkty, z których przygotowywałem jedną z moich wegańskich potraw...

Na początek wykonałem kontrolne badania krwi i pomiar wagi. Powtórzyłem je również po ok. 2 tygodniach, aby zobaczyć, co zmieniło się w mojej masie i na poziomie komórkowym. Generalnie dużych zmian w parametrach krwi nie było. Poziom hemoglobiny i hematokryt się zwiększył, natomiast ilość czerwonych krwinek nieznacznie spadła. Różnice są na tyle nieistotne, że ciężko pokusić się o jakieś głębsze wnioski. Postaram się przeanalizować to jeszcze na spokojnie za jakiś czas. Waga nie zmieniła się praktycznie w ogóle, ciężar ciała mniejszy o 0,4kg można uznać za… błąd pomiaru. Nie trenuję jeszcze obecnie zbyt ciężko, więc nie było ryzyka, że będę przemęczony lub przetrenowany z powodu stosowania zmienionej diety.

Mam po kolejnych kilkunastu dniach kolejne spostrzeżenia i wnioski z mojej przygody z "vege". Niestety weganizm jest przyjemnością dość drogą. Utarty slogan, że marchewka jest tania a warzywa kosztują grosze to niestety tylko hasła bez pokrycia. Moje 2 tygodniowe odżywianie to wydatek około 250zł (nie liczę rzeczy, które już miałem i kupować nie trzeba było), a wiele rzeczy musiałem kupić na początku i jeszcze będą mi służyły, co nie zmienia faktu, że trzeba się trochę wykosztować w tej kwestii. Produkty zwierzęce (mleko, sery, mięso itd.), których się wystrzegałem, musiałem zastąpić innymi, więc moje menu niezwykle się poszerzyło w ostatnim czasie. Mogłem poznać jak smakuje komosa ryżowa, mleko sojowe, tofu, fasola przyrządzana na słodko, egzotyczne przyprawy, wieloskładnikowe sałatki i wiele, wiele  innych. Odkryłem wiele niesamowitych przepisów, które z pewnością wykorzystam jeszcze w przyszłości. Niestety przygotowywanie urozmaiconych posiłków jest także bardzo czasochłonne. Musiałem liczyć się z poświęceniem mojej diecie więcej czasu. Zarówno skompletowanie produktów, przygotowanie posiłków (najwięcej roboty zajmowały sałatki:), nie mówiąc już o dbaniu o przestrzeganie przepisów - to wszystko na początku zabierało trochę czasu. Zanim nabrałem wprawy przygotowanie przeciętnej kolacji zajmowało nawet 1,5 godziny!

Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie widzi żadnych przeciwwskazań dla stosowania diety wegańskiej i trenowania (wyczynowego) sportu. W badaniach zarówno sportów siłowych, jak i wytrzymałościowych nie było żadnej różnicy pomiędzy grupami stosującymi dietę wegańską i zawierającą produkty zwierzęce. Wyniki prób były na takim samym poziomie. Czyli sama dieta nie przeszkadza (ani nie pomaga), choć liczyłem, że odczuję większe korzyści. Organizm miał regenerować się szybciej, samopoczucie poprawić. Ja niestety jestem dość odporny na efekt placebo i bardzo sceptyczny przeciwko wszelkim „cudownym”, więc ciężko mi o spektakularne opinie. Na pewno energetycznie czułem się świetnie, ale regenerację i odczucia na treningach określiłbym jako normalne. Czułem się lepiej, bo coś zmieniłem: zacząłem bardziej dbać o jakość jedzenia, o dostarczanie wystarczającej ilości białka i innych składników. Jeśli odpowiednio zaplanujemy odżywianie nie ma żadnego ryzyka, że wyniki będą gorsze. Trzeba oczywiście włożyć sporo trudu, aby spożywać posiłki urozmaicone i pełnowartościowe, ale dla mnie to doskonała zabawa, bo poznałem oprócz tego wspaniałe smaki i potrawy, których nigdy nie miałem okazji skosztować. Przeciętny konsument jest codziennie bombardowany setkami informacji na temat mniej lub bardziej szkodliwych substancji odżywczych w codziennym odżywianiu, ale wiele z nich trzeba przyjmować z przymrużeniem oka. Czasem natrafię na tak wierutne bzdury, że aż dziw bierze, że ktoś może w coś takiego uwierzyć. Dlatego przestrzegam przeciw przyjmowaniu do wiadomości informacji z jednego źródła oraz wierzeniu w niesprawdzone teorie jakichś pseudospecjalistów - polecam opieranie się na rzetelnych badaniach naukowych i wieloletniej praktyce. Jedzenie jest bardzo ważne i warto zmienić złe nawyki kształtowane czasem przez wiele lat. Bo wiele zmian przynosi doskonałe efekty. Nawet zastanowienie się nad codziennym jadłospisem i wprowadzenie drobnych zmian może przynieść dobre rezultaty. Czemu więc nie spróbować? Polecam zainteresowanym np. stronę: zostanwege.pl, gdzie przez 30 dni można otrzymyać na adres e-mail wskazówki, jak poradzić sobie z dietą wegańską.

A Ty kiedy ostatnio miałeś/miałaś choć jeden dzień bez produktów zwierzęcych?

niedziela, 10 listopada 2013

Witam wszystkich na moim blogu. To mój pierwszy wpis po dłuższej przerwie, który rozpocznie regularne relacje przez cały kolejny rok. Taką mam przynajmniej nadzieję. Dziś mamy spokojny, jeszcze dość ciepły dzień w Częstochowie, gdzie piszę te słowa. Data to 10 listopada. Większość lekkoatletów wróciło już z posezonowej przerwy do swojej sportowej rutyny i regularnego treningu. Niektórzy szykują się już do sezonu halowego (wszak w marcu Mistrzostwa Świata w Sopocie!), biegacze średnio- i długodystansowi startują jeszcze czasem w biegach przełajowych oraz w biegach ulicznych, inni natomiast myślami wybiegają już do roku 2014. Jesienią bowiem zaczynamy przygotowania do kolejnego sezonu. Każdy myśli o wypełnieniu nadchodzącego roku sukcesami, biorąc też pod uwagę możliwe porażki, które przecież każdemu mogą się przytrafić. Mamy również w pamięci wspomnienia z ubiegłego sezonu i lat jeszcze wcześniejszych, aby nie popełniać już tych samych błędów...

Listopad jest optymistycznym miesiącem dla lekkoatletów. Wszyscy sportowcy są istotami zaprogramowanymi przez codzienne nawyki. I kiedy te nawyki wracają do normy, świat staje się bardziej zorganizowany i życie wreszcie nabiera sensu. Rutyna treningu przynosi poczucie bezpieczeństwa, którą możemy uformować z dziennego rozkładu treningu i innych aktywności. Po okresie roztrenowania, który zdaje się być czasem nieładu i chaosu w naszym uporządkowanym życiu nadchodzi okres budowania formy na kolejne starty. Czy będzie to trening w terenie, na siłowni, rozciąganie na sali, wycieczki po górach – wszystkie one są potrzebne do osiągnięcia odpowiedniego poziomu sportowego. Trening w terenie przy naszej polskiej jesieni bywa prawdziwą zmorą, ale przeciwstawienie się niesprzyjającemu klimatowi naszego nadwiślańskiego kraju sprzyja odporności psychicznej.  Za to sen przychodzi dużo łatwiej w te szare, jesienne, smutne dni.

Kiedy sięgam pamięcią do ostatniego sezonu na początek przychodzi mi na myśl jeden trening. Był chłodny dzień 13 kwietnia 2013 roku. Pozostał mi tydzień do arcyważnych zawodów w Zaniemyślu. Byłem na obozie w Spale. Robiłem standardowy trening 10 powtórzeń odcinków 1500m na przerwie 500m. Siła mnie rozpierała, ale przeczuwałem, że coś jest nie tak. Wiedziałem, że coś w moim organizmie nie pracuje tak jak trzeba. Poczułem lekkie skrzypnięcie w lewej nodze. Nie ból. Bardziej rwanie, pulsowanie, takie inne doznanie powodujące niepokój. Coś było w tej nodze nie w porządku.  Powtarzałem sobie, że trzeba zapanować nad bólem, potraktować go jak wyzwanie, a nie jak ostrzeżenie. Kiedy się jest na takim poziomie zawodowstwa, nie ma możliwości, żeby ci coś nie dolegało. Co chwila bolą cię mięśnie, czasem stawy. Dość mocno eksploatujesz swój organizm, ciągle przechadzając się na krawędzi ryzyka. Po prostu uczysz się trenować z bólem. Na tamtym treningu jednak moje demony zaczęły się budzić. Czułem, że kontuzja ta nie jest zwykłym bólem po ciężkim treningu. Rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza.

Na początku odrzuciłem czarne myśli gdzie indziej. Za kilka dni miałem bardzo ważne zawody. Liczyłem, że jak zwykle szybko się wyleczę i dam z siebie wszystko. Przecież praca na treningach była zrobiona. Nie byłem przetrenowany, a ból nogi pozwalał mi zasnąć w nocy, choć na treningach nie pozwalał o sobie zapomnieć. Nie ukończyłem zawodów w Zaniemyślu tydzień później. Z zewnątrz niby wszystko wyglądało należycie, ale nie czułem się wcale dobrze. Pierwsze 10km było przyzwoite, ale noga nie chciała podawać dalej. Musiałem zatrzymać się i oglądać, jak inni uzyskują dobre wyniki. Nie ukończyłem również później kilku innych startów. Do końca sezonu nie mogłem wyleczyć tej mojej kontuzji, a wszelkie starania, aby z tym trenować nie przynosiły spodziewanych rezultatów.

Nie powiem jednak, że totalnie wszystko się nie układało. Bywały momenty, kiedy podleczyłem kontuzję, a trening „oddawał" na zawodach i czułem się dobrze. Zdarzały się takie przebłyski, które przez cały sezon dawały mi nadzieję, że warto jeszcze próbować. Kiedy 1 maja startowałem we włoskim Sesto San Giovanni siła od startu do mety mnie rozpierała. Dobrze zniosłem gorącą temperaturę. Prowadziłem stawkę zawodników, a kolejni rywale odpuszczali naszą grupę w miarę upływania dystansu i czasu. Czułem się tam jakby to był spacerek, choć prędkości z każdym kilometrem były coraz większe. Wynik 1.22:29, który tam uzyskałem był przyzwoity, ale nie tym, czym chciałem. Zabrakło mi 29 sekund, których nie udało się już później poprawić. A kiedy opadły emocje i wróciłem do domu znowu poczułem, że noga nie jest wyleczona. Bolała coraz bardziej, a ja, zamiast spokojnie trenować, musiałem martwić się jak to najszybciej wyleczyć.

Nadszedł Puchar Europy i razem z drużyną zdobyłem brązowy medal. Polacy mają upodobanie w medalach i wszyscy myśleli, że to świetny rezultat. Ja byłem niewzruszony. Ciągle nie miałem kwalifikacji na mistrzostwa świata, a poza tym dalej czułem bolesność w nodze. Moja kontuzja pogarszała się z każdym tygodniem, a ja nie miałem na to wpływu. Byłem na stole fizjoterapeutycznym jeśli nie codziennie, to przynajmniej kilka razy w tygodniu. Robiłem wszystko, żeby na zewnątrz ukryć to, że utykam ciągle na tę nogę, a ból na każdym ciężkim treningu powracał. Po każdym akcencie treningowym kilka dni leczenia i wracam do stanu wyjścia. Teraz, kiedy to wspominam, to wiem, że najbardziej ukrywałem to przed samym sobą. Nie chciałem utknąć w wirze rehabilitacji, leczenia i przerwy w treningu, oglądając innych zawodników startujących na zawodach. Z bólem dało się przecież trenować i próbować swoich sił na zawodach. Tylko po co...

Dopiero na koniec sezonu zrozumiałem, że była to błędna decyzja. Wtedy po konsultacji lekarzami i fizjoterapeutą Michałem Kaczmarkiem zacząłem rehabilitację pełną parą. Codzienne zabiegi fizykoterapeutyczne, terapia manualna i inne starania dawały nadzieję, że wreszcie uda się wyleczyć uraz do końca. Na koniec dzięki wielkiej pomocy mojego klubu AZS AWF Kraków udałem się na turnus rehabilitacyjny do ośrodka leczniczego w Solcu Zdroju, aby przy pomocy dodatkowych zabiegów (m. in. balneoterapii) wspomóc proces leczenia. Dodatkowo włączyłem specjalistyczne ćwiczenia siłowe, stabilizacyjne, sprawnościowe, aby oprócz leczenia wzmocnić mój organizm i aparat ruchu. Bywały dni, że wątpiłem w to wszystko. Proces leczenia szedł bardzo, ale to bardzo powoli. Mijały dni i tygodnie, a noga dalej bolała, pomimo tych wszystkich moich starań. Miałem nadzieję, że któregoś dnia obudzę się bez bólu, ale każdego dnia utwierdzałem się, że to jeszcze nie czas. Wreszcie po około 5 tygodniach leczenie dało efekty. Po 6 tygodniach poszedłem na pierwszy trening. Noga nareszcie nie bolała.

Najgorszy w tym wszystkim był chyba okres rozgrywania mistrzostw świata w lekkiej atletyce. Byłem naprawdę bliski kwalifikacji na nie, a kiedy oglądałem zmagania innych brakowało mi tego, że nie mogę tam być i walczyć o dobry czas i miejsce. Poziom nie był wysoki, więc wszystko było w zasięgu. Dodatkowo świadomość własnej niemocy pogłębiała uczucie desperacji. Brakowało mnie tam, ale może będę miał jeszcze szansę powalczyć na dużych zawodach. Na szczęście mam w swoim życiu ludzi, którzy wspierają mnie, oferują pomoc oraz pozytywne nastawienie. Moi przyjaciele, trenerzy, dziewczyna, klub, rodzina są wspaniali. Obiecałem sobie nie martwić się więcej, tylko budować kolejne cele i powoli wcielać je w życie. Nadchodzi jesień, czas spokojnego kształtowania formy oraz planowania kolejnych miesięcy. Daję słowo, że tym razem nie dam się ponieść emocjom i bez presji rozpocznę kolejne sportowe przygotowania, a także będę spełniał inne, pozasportowe plany. Nie planuję zbyt dużego kilometrażu przez najbliższy czas. Obciążenia muszą być spokojne i narastać bez dużych skoków. Przede mną długa i ciężka droga. Ale wreszcie trenuję i mogę powoli budować podwaliny pod kolejny sezon. Bez strachu o obolałą nogę świdrującą od wewnątrz moje ciało i umysł. Nie osiągnąłem jeszcze tego, co chciałem. Jestem ciągle młodym zawodnikiem i wierzę, że moje starania i możliwości pomogą mi wreszcie zabłysnąć. Nie spełniłem obietnicy, którą kiedyś złożyłem. Sportowcem nie przestajesz być, kiedy skończy się trening. Wtedy dopiero zaczynasz nim być. Rozciąganie, dieta, trening mentalny. To wszystko ważne elementy sukcesu. Ale kiedy nie masz zdrowia, nie możesz zrobić nic. Wtedy na bólu skupiają się wszystkie twoje myśli i nie pozwalają się skoncentrować na treningu. Kiedy przeszedłeś przez jakąś kontuzję, jak bumerang wracają wszystkie dobre i złe rzeczy, które kiedyś się przytrafiły. Tylko że teraz jesteś ich bardziej świadomy. Zyskałeś nowe spojrzenie, nabrałeś dystansu, zrobiłeś krok na drodze ku mądrości.

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za wsparcie i pozytywne słowa. Zarówno przez social media, osobiście jak i przez telefon. Pomaga mi to skupić się na moich celach. Możecie dowiedzieć się o mnie więcej na Twitterze (@jelonn) gdzie będę informował o moich przygotowaniach do Pucharu Świata w Taicang oraz Mistrzostw Europy w Zurichu 2014. Ważniejsza od sukcesu jest droga do niego. To ona kształtuje charakter i kiedyś pomoże zwyciężyć. Mam nadzieję, że przebędę tę drogę z Wami! Chciałbym dzielić z Wami ten optymizm, jaki przynosi we mnie obecny czas. Na teraz to wszystko z mojej strony.

Kuba 

Jelon



16:53, yellon , Felietony
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
stat4u