Moje nieustanne poszukiwanie Olimpijskiego szlaku

Recenzje

środa, 17 lutego 2016
Z małym opóźnieniem przedstawiam listę książek, które przeczytałem w ostatnim czasie. Tym razem wszystkie one są w języku angielskim, ale to dlatego, że jestem ciągle w Australii i skończyły mi się zapasy książek z domu. Jeśli ktoś z Was jest którąś z książek zainteresowany może uda się znaleźć polską wersję, a jeśli nie, zawsze pozostaje wersja angielska. Nie są one specjalnie trudne, a przy okazji to dobra okazja do podszkolenia języka.
poniedziałek, 07 września 2015

W dniu 5 września brałem udział w kolejnym starcie na 10km w drugiej części sezonu. Tym razem były to III Międzynarodowe Zawody w Katowicach, organizowane przez Silesiathletics, z którym to stowarzyszeniem jestem związany od dwóch lat i które gorąco wspieram. Zawody były bardzo kameralne, a odbywały się niedaleko ścisłego centrum Katowic.

Oficjalny plakat imprezy

Jeśli chodzi o sportową część, to wreszcie jestem zadowolony z przebiegu mojego startu. Pracuję cały czas nad moją techniką i wreszcie są pierwsze efekty. Zadowolony jestem także z mojej formy, bo trzeba przyznać, że utrzymałem całkiem mocne tempo. Ale po kolei. Na pierwszym kilometrze jak z procy wypruł niby doświadczony Andrej Kovenko z Ukrainy. W sumie tego można było się spodziewać, bo on często rusza za szybko, a potem płaci frycowe. Tak było np. dwa lata temu w Alytusie, gdy Andrej wypruł początek mocno, a potem Dawid Tomala bez problemu wyprzedził go  w drugiej części. Tutaj puściliśmy go na początku i dognaliśmy gdzieś koło trzeciego kilometra. Pierwsze 3 kilometry miałem 3:57, 3:54, 3:59. I wtedy na prowadzeniu zostałem ja, Erick Barrondo i Kovenko. Od tego momentu tempo spadło, zaczęliśmy zwalniać do 4.07-4:08 na kilometr. Szarpnięcie nastąpiło na 8km (4:04), kiedy uciekł nam Gwatemalczyk. Przez kilometr trzymałem jeszcze Ukraińca, ale później zabrakło mi już siły i zacząłem zwalniać (ostatnie 2km po około 4:10). Szkoda, bo gdybym to rozegrał trochę inaczej może była szansa powalczyć z Ukraińcem o drugie miejsce i zrobić lepszy wynik. Wolałbym mieć ostatnie 3 kilometry poniżej 4 minut, aniżeli pierwsze trzy. Może następnym razem. Gwatemalczyk to, bądź co bądź, aktualny wicemistrz olimpijski, więc był tutaj poza naszym zasięgiem. Zakończyło się więc zwycięstwem Barrondo (40:04), drugi Kovenko (40:29), trzeci ukończyłem ja (40:48). Warto jeszcze dodać, że trasa była dość ciężka, z jednym podejściem i trzema (!) nawrotami 1800 , na których trzeba było zwalniać praktycznie do zera. Tym bardziej wyniki na trudnej trasie są wartościowe.  

Na linii startu (fot. JKR Ostrowski)

Czwarte miejsce zajął Igor Sacharuk41:40 (który tydzień temu wygrał zawody w Gdańsku), piąty był Rafał Augustyn (41:43), szósty Grzegorz Sudoł 41:52, siódmy Rafał Fedaczyński 42:09. Wśród kobiet rewelacyjnie spisała się Brigida Virbalyte, która wynikiem 42:43 poprawiła rekord Litwy. Warto dodać, że Brigida zajęła na mistrzostwach świata w Pekinie rewelacyjne, siódme miejsce. Druga była Mirina Ortiz (44:05), a trzecia Neringa Aidietyte (44:09). Pierwsza z Polek, Paulina Buziak straciła do zwyciężczyni prawie dwie i pół minuty (45:04). Zaraz za nią była Agnieszka Szwarnóg (45:08), Katarzyna Golba uzyskała 45:53 (a dzień później zwyciężyła w półmaratonie z wynikiem 1:21), a Monika Kapera uzyskała 46:31. Pełne wyniki z Katowic tutaj.  

Początek naszego chodu (Fot. dziennikzachodni.pl)


Zmiana na prowadzeniu (Fot.: dziennikzachodni.pl)

Dla mnie start ten przynosi dwie ważne informacje. Po pierwsze, praca nad techniką przynosi jakieś efekty. W Gdańsku otrzymałem na siódmym kilometrze trzy wnioski za fazę lotu (~), a tutaj jeden - za brak doprostu nogi w kolanie (>). Zacząłem się nad tym zastanawiać i doszedłem do jednego wniosku – że nie da się z tego wyciągnąć żadnych wniosków. :-) Trzeba pracować nad moją techniką całościowo, żeby ogólna motoryka stawała się coraz bardziej płynna. Przede mną jeszcze trzy starty (w tym ostatni poczwórny) więc będę analizował, jak każdy z nich będzie wyglądał technicznie. Druga informacja, którą dał mi ten start oprócz techniki to stan mojej formy. Tutaj wyraźnie jeszcze nie było to to, czego bym oczekiwał. Kiedy Gwatemalczyk i Ukrainiec zerwali tempo na 8km po prostu nie byłem przygotowany na tyle, żeby zareagować na ten atak. Mam nadzieję, że dobry trening, jakim jest na pewno taki start, zaprocentuje w kolejnym tygodniu. W najbliższą sobotę, 12 września startuję w Woronowie w Rosji, gdzie obsada również zapowiada się zacnie i będzie z kim ścigać się i walczyć o wartościowe wyniki. W ubiegłym roku wygrał Rusłan Dmytrenko z wynikiem 38.50.

Na półmetku dystansu (Fot.: JKR Ostrowski)

Jeśli chodzi o mityng w Katowicach to chciałbym pochwalić organizację zawodów. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, widzowie mogli w sobotnie popołudnie pooglądać ciekawą rywalizację i spędzić miło czas. Takie zawody to świetna promocja sportu i miasta, a w Polsce oprócz zawodów w Gdańsku tak dobrze zorganizowanych mityngów nie ma. Na zawodach rozgrywano również ligę lekkoatletyczną, więc można było przy okazji powalczyć o punkty dla swojego klubu. Za tydzień dowiemy się, jak przyczyni się to do ogólnej klasyfikacji naszego klubu. Tymczasem pora już mobilizować się do kolejnego startu!

I na linii mety (fot. JKR Ostrowski)


Podium dystansu głównego


Relacja z zawodów

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Podczas zebrania Rady IAAF (IAAF Council Meeting), która odbywa się w Pekinie ogłoszono kalendarz zawodów IAAF Race Walking Challenge’u na przyszły rok. Oto daty poszczególnych zawodów:

12.03.2016  – Chihuahua, Meksyk

19.03.2016 – Dudince, Słowacja

09.04.2016  – Rio Maior, Portugalia

23.04.2016 – Taicang, Chiny

7-8.05.2016 – Drużynowe Mistrzostwa Świata (dawniej: Puchar Świata) w chodzie sportowym – Czeboksary, Rosja

28.05.2016 – La Corunia, Hiszpania

12-21.08.2016 – Igrzyska Olimpijskie - Rio de Janeiro, Brazylia


Zebranie Rady IAAF w Pekinie (fot. IAAF.org)

Ponadto Rada IAAF ogłosiła, że zawody w chodzie sportowym podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro nie odbędą się we Flamingo Park, tak jak wcześniej planowano, ale w Pontal. (Dobrze, że  nie robiłem jeszcze rekonesansu olimpijskiego, bo trzeba by lecieć drugi raz ;-).

Plaża Pontal w Rio de Janeiro. Są i góry, i morze... (fot.: Wikimedia)

czwartek, 13 sierpnia 2015

Lista zawodników powołanych do reprezentacji była całkiem przewidywalna, choć trzeba przyznać, że PZLA powołała kilka osób bez wykonania minimum dwukrotnie (jak było to napisane w ustalonych wcześniej zasadach). Myślę, że to dobra decyzja, bo jak pamiętamy - w ubiegłym roku Asia Jóźwik pojechała bez minimum, a potem zdobyła medal. Obawiałem się nieco, czy do składu zostanie dokooptowany Marcin Krukowski i Konrad Bukowiecki (obaj zrobili minimum tylko raz), ponieważ w kuluarach głośno jest o ich konflikcie z szefem szkolenia, panem Henrykiem Olszewskim, ale widać, że osobiste animozje nie miały wpływu na skład naszej kadry. I bardzo dobrze, bo widać, że PZLA zaczyna dbać o swój wizerunek i woli wysłać więcej osób, niż popełnić taki błąd jak z Joanną Fiodorow czy Krzysztofem Gosiewskim. I to mnie bardzo cieszy, szkoda, że wcześniej tak trudno było to zrobić.  

(Foto. Maciej Jałoszyński - pzla.pl)

Pamiętamy, że w ubiegłym roku głośno było również w niektórych mediach o niezabraniu Katarzyny Burghardt i Rafała Sikory na mistrzostwa Europy, jak i cyrki, jakie były ze składem na mistrzostwa świata w Moskwie w roku 2013. Sam nie miałem takich problemów, bo dwa lata temu miałem kontuzję, a rok temu problemy z techniką. W tym roku, mieliśmy trochę pecha, że na mistrzostwach Polski nikt nie chciał poprowadzić, a poza tym było trochę ciepło, więc nie było minimów. Dlatego kadry są skromniejsze, niż mogły by być. Prawdę mówiąc, znałem już skład na Pekin na mistrzostwach Polski w Krakowie. Wiedziałem, że nie pojedzie żaden mężczyzna na 20km, a pojedzie trzech naszych reprezentantów na 50km, a z kobiet tylko rekordzistka Polski Agnieszka Dygacz. U kobiet PZLA podawało chyba ze dwa razy na swojej stronie, że nie będą uznawane wyniki z Zaniemyśla. Ogólnie, gdyby porównywać wszystkie wyniki naszych pań, to minimum PZLA zrobiło aż pięć zawodniczek, ale na mistrzostwach Polski nie było tego widać. Więc myślę, że dlatego taka, a nie inna decyzja. Nie będę opisywał sytuacji każdej zawodniczki, bo zainteresowani i tak wiedzą, jak to z tymi minimami było. Mam nadzieję, że w kolejnych latach nie będzie problemów i będziemy wysyłali jak najliczniejsze, a przede wszystkim dobrze przygotowane składy.

Wszystkim zawodnikom startującym w Pekinie (gdzie miałem przyjemność 7 lat temu startować) życzę powodzenia, a osobom trenującym i startującym w Polsce udanych treningów i startów w drugiej części sezonu!

Pełny skład naszej kadry TUTAJ.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Wielokrotnie już wspominałem w tym roku, że będę starał się przeczytać jedną książkę tygodniowo, a później opisywać je na moim blogu. Nadszedł więc czas, aby opisać książki przeczytane w lipcu.


Na pierwszy rzut poszła książka „Rzeczowo o modzie męskiej” napisana przez Michała Kędziorę, znanego bardziej jako Mr. Vintage - autora bloga mrvintage.pl. Bloga od czasu do czasu odwiedzam, więc wiedziałem o kogo chodzi i spodziewałem się po lekturze, że będzie równie dobra jak blog tegoż autora. Książka wydana przez wydawnictw SQN to typowy poradnik dla mężczyzn, którzy chcą zadbać o swój wygląd i umieć dobrze się ubrać zależnie od okazji. Znajdziemy tu informację o tym, jak dobrze dobierać do siebie elementy stroju, dlaczego lepiej nie kupować czarnego garnituru, jak dobierać  dodatki do stroju i wiele innych rzeczy. Dla mnie szczególnie ciekawe wydały się informacje o stosowaniu kilku prostych zasad, które umożliwią mi nie popełniać niepotrzebnych błędów związanych ze strojem w przyszłości. Wiadomo, że na rozmowy kwalifikacyjne, spotkania biznesowe czy jakieś specjalne okazje nie chodzi się często, ale warto wtedy zrobić dobre wrażenie, bo może to być dodatkowym atutem. Dowiedziałem się na przykład, kiedy nie należy zakładać koszuli z wyróżniającym się (kontrastowym) kołnierzykiem, czyli tzw. model winchester, czemu lepiej nie podnosić kołnierzyka w koszulkach typu polo, jak dobrać buty i tak dalej. W książce znajdziemy setki ciekawych informacji, które warto tak po prostu poznać, bo to wiedza, która może się w życiu przydać. O dobrym stylu nie nauczycie się w szkole. Na pewno jeszcze kiedyś po tą pozycję sięgnę, kiedy  będę się zastanawiał, jak się ubrać. Moja ocena: 7/10

 

Kolejną z książek, którą przeczytałem w lipcu była historia Feliksa Baumgartnera - „Szturmując niebo”, ponownie wydawnictwa SQN z Krakowa, a napisana przy współudziale Thomasa Beckera. Jak pewnie wszyscy wiecie, Baumgartner to człowiek, który pobił rekord ze skoku z najwyższej wysokości (a dokładniej z 38 964,4 metra), która to informacja obiegła cały świat pod koniec 2012 roku. W książce znajdziemy informacje o początkach jego „kariery” jako skoczka spadochronowego, a później skoczka BASE, kolejnych wyzwaniach i problemach (w tym pojawiające się lęki dotyczące kombinezonu) związanych z największym z nich, czyli skokiem ze stratosfery. Z książki nie dowiemy się zbyt wiele o dzieciństwie i osobistych wydarzeniach z życia skoczka. Wiele informacji podanych jest zdawkowo i pobieżnie. Możemy dowiedzieć się co prawda kilku ciekawostek związanych ze startem i jego codziennym życiem, ale oczekiwałem trochę więcej na temat adrenaliny towarzyszącej poszczególnym skokom, czy przygotowań do nich. Ciekawe są np. szczegóły związane z wystrzeleniem z kuszy liny, by wspiąć się na figurę Chrystusa w Rio de Janeiro, by stamtąd mógł skoczyć ze swoim spadochronem. Sam Baumgartner zrobił na mnie dość negatywne wrażenie. Kilka razy w książce można się było przekonać, że zachowuje się jak zapatrzony w siebie gwiazdor, który za pieniądze Red Bulla spełnia swoje zachcianki, przy okazji świetnie się bawiąc. Na przykład dzień po starcie, kiedy czekało na niego 80 dziennikarzy, by mógł wypowiedzieć się na temat swoich wrażeń z pięcioletniej misji „Stratos” – on pojechał sobie na imprezę. Innym razem zażyczył sobie klimatyzację i sushi podczas kręcenia jednego z filmów, bo on inaczej nie będzie pracował. Trudno znaleźć w jego postawie przykład profesjonalnego sportowca, choć trzeba przyznać, że podchodzi bardzo poważnie do spraw bezpieczeństwa. Książka całkiem dobra, ale spodziewałem się po niej czegoś więcej, a moja opinia o Baugmartnerze uległa też zweryfikowaniu. Moja ocena: 5/10.



Ostatnią z książek przeczytanych w lipcu była biografia Jakub Błaszczykowskiego, zatytułowana po prostu „Kuba”. Napisana przez Małgorzatę Domagalik, a wydana przez wydawnictwo Buchmann (grupa wydawnicza Foksal) książka była długo oczekiwana przeze mnie w tym roku. Muszę na początek powiedzieć, że jestem emocjonalnie związany z Jakubem Błaszczykowskim, więc tym bardziej od dawna chciałem przeczytać jego biografię. Przede wszystkim, mamy to samo, świetne imię. :) Obaj zaczynaliśmy swoją sportową karierę w Częstochowie, jesteśmy w tym samym wieku, Błaszczykowski studiuje w tej samej uczelni, w której ja prowadzę zajęcia. Obaj przeżyliśmy też rodzinną tragedię: Błaszczykowski w wieku 11 lat był świadkiem, jak jego ojciec zabił jego mamę, a mój starszy brat został zamordowany, kiedy miałem 17 lat. Byłem więc ciekaw, jak układały się jego losy, bo znajdowałem w jego życiu wiele analogii. Książka odpowiada dość szczegółowo dzieciństwo i różne historie z życia tego doskonałego piłkarza. Po jej przeczytaniu można głębiej zastanowić się, dlaczego na boisku gra tak, a nie inaczej. Poznać jego charakter i dowiedzieć się, czemu wciąż buzuje w nim agresja, a rywalizacja towarzyszy mu chyba we wszystkim, co się w jego życiu dzieje. Trzeba przyznać, że czytało się to momentami z zapartym tchem. „Błaszczu” to wyjątkowa postać. Jest jednym z niewielu piłkarzy, który umie się mądrze wypowiedzieć w mediach. Po za tym bardzo profesjonalnie podchodzi do swojej pracy, jak można powiedzieć o jego grze w piłce nożnej. Nie jest „nażelowanym” gwiazdorem, któremu woda sodowa uderza do głowy. On podchodzi do wszystkiego bardzo racjonalnie, więc daje przykład, że nawet zostając piłkarzem można mieć poukładane w głowie. W książce poznajemy też jego działalność charytatywną, o której też niewielu wie.

Książka nie spodobała mi się jedynie z powodu jej stylu. Myślę, że błędem było zaangażowanie do napisania jej akurat Małgorzaty Domagalik, która kompletnie nie zna się na piłce nożnej. Jest redaktorką naczelną miesięcznika „Pani” i pewnie jej książka była pisana z nastawieniem dla szerszego czytelnika, ale myślę, że po biografie piłkarzy sięgają raczej ludzie zainteresowani sportem. Pani Małgorzata tłumaczy się, że dzięki temu, że jest dociekliwą dziennikarką udało jej się wydobyć od Kuby informacje, których komuś innemu by nie powiedział. Według mnie to tylko tłumaczenie się pani redaktor. Wolałbym, żeby Kuba sam zdecydował, co chce przekazać, a czego nie, bo wyciąga na siłę od niego informacje, o których może nie chce publicznie mówić. Nie podobała mi się też sama formuła książki. Przecież Kuba mógłby nam „opowiadać” swoją historię. Mamy natomiast praktycznie same wywiady z nim i osobami z jego otoczenia plus subiektywne wstawki pani redaktor. Jest to łatwiejszy wybieg autorki, ale gorszy w odbiorze dla czytelnika. Na koniec nie spodobały mi się też opinie wydawane przez panią Domagalik na temat tego, że opaska kapitana „należy się” Kubie. Widać emocjonalne przywiązanie nie wpłynęło najlepiej na obiektywizm. W biografii piłkarza dużo rozsądniej było by podawać różne informacje, bo każdy inteligentny czytelnik sam potrafi wyciągnąć z nich własne opinie i wnioski. Natomiast przedstawianie swoich opinii jako jedynych słusznych obniża wartość tej książki i robi się momentami nachalne. Szkoda, że tych kilka rzeczy zostało tak opisanych, bo to mogła być naprawdę rewelacyjna książka. Ciekaw jestem, jaki byłby efekt, gdyby do współpracy zaangażowano np. Krzysztofa Stanowskiego. Tego jednak nigdy się nie dowiemy. Książka jest więc bardzo dobra, ale do rewelacyjnej zabrakło jej innego dziennikarza, współtworzącego biografię. Moja ocena: 9/10.  

niedziela, 09 sierpnia 2015

Pojawiły się nowe filmy przedstawiające przygotowania do Igrzysk w Rio. 

Zapraszam do obejrzenia!

 

23:15, yellon , Recenzje
Link
czwartek, 06 sierpnia 2015

Jeśli ktoś z Was szukał osoby, która szczególnie ucierpiała z powodu dopingu, doskonałym przykładem jest postać Jareda Tallenta, utytułowanego chodziarza z Australii.

Mający obecnie 30 lat zawodnik dwukrotnie przekraczał linię mety jako drugi podczas chodu na 50km w trakcie Igrzysk Olimpijskich - najpierw w 2008 roku w Pekinie, a później w 2012 roku w Londynie. W oby przypadkach przyszło mu się mierzyć z zawodnikami uznanymi później za winnych stosowania niedozwolonego dopingu…


Podium chodu sportowego na 50km w Pekinie 2008

Lekkoatletyka wpadła w spory kryzys po publikacji artykułu w brytyjskim Sunday Times i reportażu w niemieckiej telewizji ARD. Dziennikarze oskarżają w nich IAAF, że nie zajął się sprawą podejrzanych przypadków nietypowych wyników krwi u zawodników w latach 2001-2012. Więcej o tej sprawie pisałem w moim artykule na stronie bieganie.pl.

Skala oskarżeń nie dziwi samego Tallenta, który czuje się przytłoczony przez system, o którym mówi, że musi być jak najszybciej zmieniony.

„Miałbym wiele złotych medali, gdyby nie doping we krwi moich rywali, a obecnie nie mam ani jednego” – mówił we wtorek Tallent w wywiadzie dla agencji Reuters, podczas rozmowy telefonicznej ze swojego domu w Adelaide

„To dobrze, że afery takie jak ta ujrzały w końcu światło dzienne, ludzie powinni wiedzieć. Może w końcu coś w tej sprawie zostanie zrobione, aby oczyścić nasz sport”.

W Pekinie w 2008 roku Tallent ukończył chód jako drugi, za Włochem Alexem Schwazerem. W 2012 roku, zaraz przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie Schwazer uzyskał pozytywny wynik testu na obecność sztucznej erytropoetyny, bardziej znanej jako EPO - substancji, która zwiększa możliwości przenoszenia tlenu przez krew.

Zapłakany Schwazer przyznał się do stosowania EPO niedługo przed Igrzyskami, ale powiedział, że w Pekinie był czysty, więc mógł zatrzymać złoty medal zdobyty w stolicy Chin.

W Londynie złoty medal zdobył Rosjanin Siergiej Kirdjapkin, który został uznany winnym stosowania dopingu na początku tego roku.

Kirdjapkin otrzymał trzyletnią dyskwalifikację, w czasie której unieważniono jego wyniki. Zawieszenie go w prawach zawodnika przez Rosyjską komisję Antydopingową (RUSADA) nastąpiło od października 2012, czyli niedługo po zakończeniu Igrzysk w Londynie.  

Większość jego wyników została anulowana od roku 2009, ale RUSADA zostawiła otwarte „okno”, by ten mógł zatrzymać swój złoty olimpijski medal.

„To absolutnie żałosne” – mówi Tallent agencji Reuters.

Podium chodu sportowego na 50km w Londynie 2012

„Udowodniono mu, że brał doping przez cztery lata przed Londynem, ale pozwolono mu zatrzymać medal olimpijski. To największy dowcip na świecie.”

Rada zawodnicza przy światowej federacji lekkoatletycznej (IAAF) zaapelowała do Trybunału Arbitrażowego dla Sportu (CAS) w tej sprawie, aby wyjaśnić tą przerwę w dyskwalifikacji Rosjan, ale nic nie zmieniono w tej kwestii. Tallent jest więc wściekły na cały system.

Australijczyk jest tak rozgniewany zwłaszcza przez to, że został pokonany przez zawodników, o których jest przekonany, że brali doping. Przestał im nawet podawać rękę po zakończeniu zawodów.

„Jestem szczęśliwy, kiedy pokonam tych gości, bo wiem, że są oszustami, ale jest to gorzkie rozczarowanie, kiedy kończę drugi” – przyznaje zawodnik.

„Na początku podawałem im rękę, ale teraz nawet tego staram się unikać.”

Źródłem największego rozdrażnienia dla Tallenta jest sprawa rosyjskiego trenera Wiktora Czołgina, pod kierunkiem którego wyrosło wielu znanych rosyjskich zawodników.

Czołgin został zawieszony w swoich obowiązkach w ubiegłym miesiącu, po tym jak pięciu z jego chodziarzy (w tym Kirdjapkin) zostało zawieszonych za stosowanie dopingu.

Jak mówi, RUSADA wybrała „najlepsze kąski” spośród czołowych zawodników, z Kirdjapkinem na czele. To ostatecznie przekonało Tallenta, że kara za stosowanie dopingu powinna być narzucana nie przez narodową komisję antydopingową, jak to się dzieje obecnie.

„Powinna być niezależna organizacja w kwestii zwalczania dopingu, która będzie nadzorowała sportowców, ale nie związana z konkretnymi krajami” – mówi dalej.

„Kiedy jest tak, jak teraz, poszczególne kraje mogą politycznie wpływać na agencje antydopingowe, które nie działają przez to w obiektywny sposób”.

Jared przeprowadził kampanię w mediach społecznościowych, wraz z podobnie myślącymi zawodnikami (w której sam brałem udział na Twitterze) przeciwko oszustom dopingowym w sporcie. Chciał tym samym zwrócić uwagę IAAF na zbyt pobłażliwe traktowanie łapania i postępowania z dopingowiczami i osobami z tym powiązanymi.

 

„Definitywnie czuję się zostawiony sam sobie przez IAAF” – mówi Jared. „Kontaktowałem się z nimi na początku tego roku w tej sprawie, ponieważ część chodziarzy dalej bierze udział w zawodach, pomimo, że zostali zdyskwalifikowani. IAAF odpowiedział mi, że przeprowadzą śledztwo w tej sprawie. Dostarczyłem im wystarczające dowody na słuszność moich słów, ale nic nie zrobili”.

Tallent chce, by oszuści złapani na dopingu zostali oskarżeni i potępieni, bo obawia się, że jeżeli nie zostaną ukarani, czyści zawodnicy będą niesprawiedliwie podejrzewani o doping.  

„Niektórzy zaczynają myśleć i mówić, że wszyscy stosują doping. Ale nie to jest aż tak niepokojące. Niestety coraz częściej okazuje się, że znaczna większość ludzi zaczyna sięgać po doping i osiągać sukces”.

Pomimo swojego rozgoryczenia, Tallent ciągle czerpie przyjemność ze sportu. Mówi, że nie może się już doczekać zbliżających się mistrzostw świata w Pekinie, które będą już dla niego szóstymi z kolei. Tym bardziej, że Rosja ogłosiła, że chodziarze z tego kraju prawie na pewno nie wezmą udziału w tej imprezie.

„Z ulgą przyjąłem wiadomość, że w tym roku przylecimy na mistrzostwa świata i nie będzie tam Rosjan ze stajni Czołgina. Dzięki temu będzie to rywalizacja na zdrowym poziomie, tego jestem pewny” – przyznaje Tallent.

„To będą prawdopodobnie najczystsze zawody od ponad 20 lat, więc tym bardziej cieszę się na samą myśl” – kończy zawodnik z Australii.

Źródło: Reurers

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
stat4u