Zawody
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Nastał nam rok 2012. Kiedy po raz pierwszy wpisywałem w mój dzienniczek treningowy tę datę przyszły mi do głowy myśli o tym kolejnym już w mojej karierze roku olimpijskim. Roku nadziei, wielu sukcesów i kilku niepowodzeń. Bo nigdy nie jest tak, aby wszystko udało się zrealizować, ale i zły los się musi kiedyś odmienić. Warto z okazji tej zmiany kalendarza stworzyć sobie kilka postanowień, aby choć próbować odmienić złe nawyki i przybliżyć się do ideału. Wielkimi krokami zbliża się piłkarskie Euro, po nim będziemy rywalizować na Igrzyskach w Londynie, ale w ciągu roku wiele będzie okazji do oceny dokonań pośrednich. Sportowych emocji nie powinno braknąć. Jak to w życiu bywa, nie wszystko da się zaplanować, choć na pewno dobre rozłożenie w czasie pewnych rzeczy pomaga w osiągnięciu celu. Ale jego realizację trzeba czasem modyfikować, bo niektórych rzeczy przewidzieć się nie da. Tak jest z chorobami, kontuzjami, decyzjami działaczy. Mi przez wiele lat udawało się uciec kuli, którą wystrzelił do mnie wróg w postaci mojego własnego organizmu. Mówię tu o buncie, który rozpoczął się, kiedy mój aparat ruchowy przestał działać tak, jak sprawna maszyna. Mówiąc po ludzku, złapałem kontuzję. To ona wstrzymała na spory czas moje przygotowania, zmusiła mnie do bezczynności, skazała na mękę nic nie robienia. Ale nie dałem się. Starałem się wykorzystać energię na ćwiczenia siłowe, a wolny czas poświęcić na spełnianie pasji, jakie poza sportem znalazły się w moim życiu. A po przerwie spragniony już treningu postaram się po korekcji planów realizować to wszystko, co chcę osiągnąć.
środa, 14 grudnia 2011
Z budowaniem formy sportowej jest trochę jak z pieczeniem drożdżowego ciasta. Trzeba przygotować te nasze składniki, dobrze dopasować proporcje, a kiedy ciasto jest już w piekarniku nie można doglądać za często, bo oklapnie i wyjdzie zakalec. I tak w przebiegu kolejnych tygodni budowania kondycji na docelowe zawody nie można sprawdzać się za wcześnie, startować nieprzygotowanym, tylko spokojnie czekać, aby cieszyć się z gotowego „produktu" we właściwym czasie. I tak jak zasiadamy przy świeżutkim cieście i popołudniowej kawie, tak też wytrenowany zawodnik podejmuje rywali na zawodach w momencie, kiedy jest do startu gotowy. Dlatego więc postępował będę w sezonie obecnym z takim właśnie spokojem do mojego przygotowania, nie spiesząc się, tylko powoli rozkręcając tą całą sportową machinę. Wracając do tego co w tych moich przygotowaniach do sezonu, mogę napisać, że w dniach 2-15 grudnia trenuję na obozie w Spale. Po pobycie w Zakopanem całe 3 dni spędziłem w Krakowie, 1 dzień w Częstochowie i rozpocząłem kolejny etap sezonu przygotowawczego. Spokój mój zaburzyły jedynie drobne kontuzje, które nękają moją nogę. Najpierw przypałętał się ból w stopie, a kiedy wygoniłem go stamtąd, podstępnie zaatakował moje kolano. Ale próbuję się go pozbyć mrozem z Krioterapii, laserem, polem magnetycznym, naświetlaniem wszelakim, falą uderzeniową, chłodzeniem, maściami i zaklęciami, ale póki co wychodzi chyba na remis. Jeśli to nie pomoże, wezwę na pomoc badanie USG i specjalistów lekarzy, którzy spotkali wiele bolących kolan i uczynili je zdrowymi. Liczę, że to nic poważnego, ale nie ma co lekceważyć żadnych dolegliwości. Bo jak wspomniałem na początku, nie trzeba się z niczym spieszyć, do pierwszych startów czasu jeszcze sporo. I mnie ten spokój uratuje...
wtorek, 22 listopada 2011
Kiedy spotkałem go pewnego dnia nie wiedziałem, że wywrze na mnie aż takie wrażenie. Jednak skłoniło mnie to do napisania kilku słów, bo takie charaktery nie trafiają się zbyt często. Nie wiem czy zgadniecie o kogo chodzi, ale myślę, że te kilka zdań trafnie opisze to, kim jest. Był jednym z wielu sportowców. Ale każdy tutaj go znał. Tak jak inni przychodził na treningi, jeździł na zawody. Wstawał rano i wiedział, że nie może zmarnować tego dnia. Bo każdy dzień traktował jak prezent. Wiedział, że musi trenować, ale lubił to. Bo na treningu czuł się wolny, a na zawodach mógł się ścigać bez wyrzutów sumienia. Miał świadomość, że to nie siła daje mu poczucie wolności, ale że to wolność daje poczucie siły. Różniło go od innych wnętrze. Jego osobowość nie była skłonna do pokory, pomimo, że sport pokory przecież uczy. Jak wyglądał, kim był? Miał dwadzieścia kilka lat, ale twarz dziecka. Niektórzy mówili, że nie dorósł do swych lat, ale to nie prawda. On po prostu dobrze się maskował, bo mimo wielkiej wyobraźni ciągle się rozwijał. W sporcie miał całkiem dobre wyniki. Był autorytetem kilku dzieciaków w Polsce czy nawet na świecie i nie ciążyła mu ta rola. Ci, którzy go nie znali, a tylko o nim słyszeli mówili różne rzeczy. Miał wszak powagę, wpływ, znaczenie, mówili człowiek instytucja, arbiter, znawca, wyrocznia, mistrz, może nawet bożyszcze albo idol? Potrafił bowiem coś, czego nie potrafili inni - był szczery w tym co robił. Po świecie chodzą różni kozacy, ale on był jednym z większych. Był nieujarzmioną naturą. Łączył w sobie ziemię i powietrze, ogień i wodę, zmęczenie i odpoczynek. Ale te siły walczyły w nim nieustannie, nawet wtedy, kiedy tego nie chciał... W jego życiu dominował spontan. Choć w gruncie rzeczy wszystko miał doskonale uporządkowane. Jedynie dla niezorientowanych jawiło się to jako chaos niezmierny. Był symbolem niezależności i buntu w świecie zasad. Buntu, który czasem jednak zwyciężał. Na świecie było wielu pozorantów, którzy udawali takich jak on. Udawali, że potrafią podejść do życia z dystansem, a w brutalnej rzeczywistości nie radzili sobie wcale. Bali się każdego ważnego kroku, a działać trzeba szybko. A on robił to, czego nie potrafiła reszta. Potrafił uśmiechać się w każdej sytuacji - sprostać tym wymaganiom, które przynosił los. Bo nie można czerpać z życia pełnymi garściami - świat nam na to nie pozwoli. Nie można też brać nie dając nic w zamian. Są zasady, których przekraczać nie wolno... Sport miał we krwi jak orzeł latanie albo gepard bieganie. Ale czasem bał się tego swojego talentu. Ciągle szedł pod wiatr, deszcz, śnieg czy grad, aby zbliżyć się choć trochę do celu. A cel był jasny... W końcu się zmienił. Miał oczy, które utraciły dawny blask. Znalazł się na zakręcie życia. Zaczął wierzyć w przeznaczenie, w sens tego wszystkiego. Trzeba czasem coś w życiu zmienić, żeby wiedzieć, że żyje się dalej. Stwierdził, że chce stać się prawdziwym człowiekiem i jeszcze prawdziwszym sportowcem. Dlatego zaczął działać jak robot. Jak sprawny automat, który nie myśli, tylko trenuje. Postanowił nie tyle wrócić do tego lepszego świata, co raczej zrobić jeszcze duży krok w przód. Odnosił wrażenie, że dzieje się z nim coś niedobrego, ale jego natura dała się ujarzmić. Był wreszcie przykładny, zorganizowany, poważny, przezorny i uczesany. Zgadzał się na wszystko, chodził gdzie chcieli. Zmienił się diametralnie, i przyrzekał solennie. Był potulny, przytakiwał każdemu, bezdyskusyjnie, ponieważ oni wiedzieli, co robić, a skoro wiedzieli, to on z nimi nie dyskutował. I ci wszyscy ludzie o smutnych twarzach byli zadowoleni. Gdzieniegdzie zapomniano o człowieku, który uprawiał śmieszny zawód sportowca. Inni opowiadali, że bardzo się zmienił. A on zaczął realizować te dziesiątki postanowień: jak się przemienić, jak przekształcić siebie na lepsze? Bo zawsze można zacząć od początku. Spełniać ten idealny sen, w którym wszystko było piękne. Ta doskonałość to taki odległy punkt na horyzoncie, do którego musimy dążyć, który przyciąga, lecz im bliżej jesteśmy, on ciągle umyka. Ale wyznacza nam kierunek, do którego trzeba sięgać. I choć nie czytał podpowiedzi na internetowym forum, nie słuchał rad od tych wszystkich mądrych, co wiele w życiu przeszli, wiedział co ma robić. Przegrana w uczciwych zawodach nie przynosi ujmy. Przynosi ją poddanie się jeszcze przed startem. Nie zrobienie niczego, żeby pozbierać się z tych kawałków. A wygrywają ci, którzy ciągle podnoszą się i walczą. Wstają i idą dalej. Bo w życiu przychodzi taki moment, że trzeba zdjąć sportowy strój i żyć. Tak po prostu – zwyczajnie żyć!
środa, 16 listopada 2011
Witam po długiej przerwie, dość regularnie udzielałem się na mojej sportowej stronie, lecz powoli wracam i tutaj, bo wiele ważnych rzeczy u mnie się dzieje, więc postaram się zainteresowanych o tym poinformować. Na początek kilka zdjęć z Uniwersjady, gdzie w sierpniu tego roku reprezentowałem nasz kraj i uczelnię AWF Kraków w chodzie na 20km. (Zdjęcia z zawodów autorstwa dra Tomasza Mikulskiego, a pozostałe mojego). Już niebawem kolejne wieści!!
sobota, 23 kwietnia 2011
Dawien dawna się nie rozpisałem tutaj, więc czas najwyższy się odezwać. Już jakiś moment temu planowałem się odezwać, podrasować to internetowe miejsce, ale na spokojnie, póki co mam tyle spraw na głowie, że po kolei będę nadrabiał zaległości i w tej kwestii ;) Ostatnimi czasy, poza nauką języków zajmuję czas jak się da. Stwierdziłem, że nauka 4 języków naraz jest nieefektywna, więc porzucam póki co naukę francuskiego i hiszpańskiego, a skupiam się jedynie na doskonaleniu angielskiego i rosyjskiego. Co za dużo to nie zdrowo, a mam jeszcze treningi, studia, badania naukowe, więc muszę zaplanować tak, aby coś z tego było. Poza tym nauczyłem się w ciągu ostatniego miesiąca ( w miarę sprawnie:) układać kostkę Rubika. Co prawda na razie metodą LBL, ale powoli uczę się Fridricha, jeżeli czytają to ci co się w tej kwestii znają ;-) Najlepszy czas to na razie 2.10 minuty, ale to przecież zabawa w wolnych chwilach tylko. A poniżej przedstawiam kilka zdjęć z ostatniego obozu w RPA…
Podczas wycieczki na safari... Zabawa z kotkami... Burza... I obowiązkowy trening
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|